Pierogi wigilijne - kulinarne stworzenia z pogranicza tradycji i traumy - kielkismaku.pl
Pierogi wigilijne - kulinarne stworzenia z pogranicza tradycji i traumy
Pierogi wigilijne - kulinarne stworzenia z pogranicza tradycji i traumy
Pierogi to prawie najważniejszy element polskiej Wigilii , zaraz po cioci, która pyta, kiedy ślub. Niby wygląda to na niewinne półksiężyce z ciasta, piękne falbanki, ale w rzeczywistości ale w rzeczywistości są przetrwalnikiem rodzinnych nerwic. Lepione w warunkach ekstremalnych: na kuchennym blacie (bo stolnica wyszła z mody), w temperaturze 40°C, przy wilgotności powietrza równej tej w amazońskiej dżungli, gdy na stole kipią trzy garnki, a Alexa drze japę kolędując z playbacku. Sytuację nieco zmienia Thermomix, ale o tym przy innej okazji...

Tradycyjne zachowanie pierogów w środowisku "gorącej wody".

Po wrzuceniu do garnka pierogi toną spektakularnie, jakby miały dość życia. Ale potem wypływają, jakby jednak stwierdziły, że warto spróbować jeszcze makowca japońskiego. I tak już czysto instruktażowo - od momentu wypłynięcia wystarczą im 2-3 minuty i są gotowe! Pieróg w gotującej wodzie wiruje, obraca się i czasem przykleja do innego pieroga, co można interpretować jako zachowanie godowe lub po prostu desperację łączenia się na wieki w pary - co ostatnio nie jest w modzie, tylko ciocie na imprezach pilotują ten temat. Zdarza się, że pieróg nie wypłynie, ale o nim się nie mówi. To jak w rodzinie - o pewnych tematach po prostu się nie wspomina. Zupełnie inaczej gotuje się pierogi w Thermomix - [ więcej w poradniku ]

Nie będzie też wielkim odkryciem - pierogi wigilijne mają naturalnych wrogów.

Choć silne, jak na gatunek ciastopochodny w dobie odrzucenia glutenu, żyją w środowisku pełnym zagrożeń. Natura nie jest sprawiedliwa, a stół wigilijny to ekosystem, w którym przeżywają tylko najtwardsze organizmy (najczęściej te z kapustą w środku). Do najgroźniejszych drapieżników należą: barszcz czerwony (zachłannik rubinowy) podawany z pasztecikiem, moczka / makówki / kutia (lepkośluzowe trójprzymierze), sałatka jarzynowa (zaborca majonezowy), ryba po grecku (warzywny drapieżnik kamuflażowy), ciocia na diecie pudełkowej (Homo detoxus), karp (mafijny boss talerza) i pasteryzowany kompot z suszu (wielkie oszustwo owocowe). W świecie ludzi - Wigilia wygląda na ciepłe i rodzinne wydarzenie. W świecie potraw to igrzyska śmierci. Każde danie jest drapieżnikiem lub ofiarą, każde walczy o uwagę ludzi - istot o ograniczonej pojemności żołądka i silnej potrzebie "żeby spróbować wszystkiego, bo babcia patrzy".

Zacznijmy od tego, że kolejność podania nie jest przypadkowa.

To hierarchia ustalona przez pokoleniową tradycję i traumę. Zupa zawsze idzie pierwsza, bo jest jak główna mówczyni na otwarciu konferencji: ma wprowadzić, ale nie zdominować. Barszcz robi to z godnością, a zupa grzybowa - z lekkim poczuciem wyższości, bo wie, że pachnie jak luksusowa wersja lasu po deszczu. Nie daj się zwieść - zupa to aktywny sabotażysta. Robi szybko miejsce na stole, ale w żołądku zostawia tylko złudzenie przestrzeni. Zupa udaje, że jest lekkostrawna. Nie jest! Szczególnie grzybowa.

Bułeczki i chlebek na wigilijnym stole to zjawisko, którego nikt nie potrafi wyjaśnić.

Ich taktyka jest przebiegła: udają niewinne dodatki, a potem nagle okazuje się, że zjadłeś pół bochenka, popijając barszcz i pytając sam siebie, dlaczego życie potoczyło się właśnie tak. Chlebek zwłaszcza lubi wchodzić w niezdrowe relacje z masłem, które w Wigilię powinno odpoczywać, ale jest ciągnięte do boju jak stary weteran kuchennych bitew. A bułki? Wielu ludzi twierdzi, że pieczywo jest "tylko na wszelki wypadek". Nie wierz w to! Pieczywo jest tu po to, żeby zrobić zamach na twój żołądek, zanim karp zdąży dopiąć operację przejęcia talerza.

Pierogi i ryba po grecku - duet pretendentów.

Kiedy tylko zupa zniknie, do stołu podchodzą przebojowe potrawy średniego szczebla, walczące o dominację. Pierogi - idą na pierwszy ogień, bo babcia grozi wzrokiem, że jak nie zjesz, to prezentów nie będzie. Pierogi to danie, które ma potężne lobby w rodzinie - niektórzy przyszli na Wigilię tylko dla nich.

Ryba po grecku

- podchodzi zawsze równolegle, z pewnością siebie kogoś, kto nie był proszony, ale i tak przyszedł. Dla wielu wygląda jak kłopoty, smakuje jak kompromis i dziwnie często wygrywa. Czyżby tradycja?

Sałatka jarzynowa - dyktatorka stołu, ona już wygrała

To jedyne danie, które podczas Wigilii nie musi niczego udowadniać. Wygrywa, zanim w ogóle pojawi się stół. To kulinarna wersja ciotki, która nie ma dzieci, nie potrzebuje, ale i tak wszystkich poucza - i wszyscy słuchają, bo mają respekt. Z psychologicznego punktu widzenia sałatka jarzynowa to potrawa dominująca. Nie tylko zajmuje pół misy i większą część lodówki, ale również połowę DNA rodzinnego, bo każdy ma inną teorię na temat tego, co jest w niej najważniejsze. Członkowie partii Majonez - twierdzą, że liczy się kremowa konsystencja. Frakcja Ziemniaczanego Betonu uważa, że sałatka musi stać sama, bez miski. A radykalne skrzydło - antygroszkowcy odmawiają uczestnictwa, jeśli pojawi się "groszek, zdrajca narodowy". Spożycie sałatki jarzynowej to akt symboliczny. Kto jej nie weźmie, ten albo jest na diecie, albo ryzykuje skreślenie z testamentu. I choć w Wigilię jest dwanaście potraw, sałatka jarzynowa psychicznie pełni rolę trzynastej, która nikogo nie prosi o pozwolenie. Gdyby mogła mówić, powiedziałaby: "Nie musisz mnie jeść. Ja i tak tu będę. W każdej lodówce. Zawsze. Jak obowiązek podatkowy i plany ciotki na twoje życie."

Śledzie i jajko z majonezem - namiestnicy chaosu.

Nie wiadomo, czemu pojawiają się zawsze w połowie. Może dlatego, że nikt nie wie, kiedy powinny. Śledzie i jajka to kucharze anarchii na wigilijnym stole. Ich strategia jest prosta: wchodzą nagle, pachną intensywnie, atakują, a potem wycofują się, zostawiając w ustach wspomnienie, którego nie da się zmyć. Na koniec czasem słyszymy - to co "po śledziku" , "a może po jajeczku?". Wielu twierdzi, że stoją od początku, ale człowiek decyduje się na nie dopiero wtedy, gdy ma już dość stabilności emocjonalnej.

Karp wigilijny to nie ryba - to mafijny boss talerza.

Jedno ugryzienie karpia i już wiesz, że wigilijna taktyka to nie zabawa - to wojna. Smażony, panierowany, z oczami wpatrzonymi w Twoją duszę - patrzy, gdzie położyłeś pierogi i rybę po grecku, jakby analizował mapę - kiedy i gdzie zaatakować. Potrafi zniknąć na minutę ze stołu, tylko po to, by pojawić się nagle w najbardziej strategicznym punkcie, tuż przed tym, jak człowiek myśli, że ma jeszcze miejsce. Karp ma też swoją mafię pomocniczą: cytrynę, pietruszkę i panierkę, działającą w spisku, by przyciągnąć uwagę i odciągnąć myśli od ości. Zjadany głównie dlatego, że nikomu nie chce się go robić w domu. Chyba, że ten z Thermomix - Zobacz przepis , ten osobiście polecam!

Kapusta z grochem lub czasem gołąbki bez mięsa - siły ciężkie.

To potrawy kategorii ciężkiej. Wchodzą dopiero wtedy, gdy wszyscy wiedzą, że to powolne samobójstwo. Nikt ich nie lubi otwarcie, ale nikt nie ma odwagi się przyznać. Ich największą mocą jest TRADYCJA - a ona trzyma się stołu nawet, jeśli powstała w garnku z PRL-u. Teraz nieco inaczej - bo prościej gołąbki i kapustę z grochem można zrobić w Thermomix, na parze, ale nie są przez to lżejsze.

Słodki wigilijny epilog, który nie powinien istnieć...

W tym momencie nikt już nie ma miejsca, ale pojawiają się: makowiec japoński Zabawy, sernik bez sera, piernik staropolski i kutia (dla odważnych). To desery jak reklamy chwilówek: nikt nie potrzebuje, ale wszyscy biorą. Babcia mówi - "zjedz są takie wilgotne!". Ich strategia przetrwania opiera się na zdaniu - "No weź kawałeczek, przecież sama robiłam". I tak skończyłaby się wieczerza, gdyby nie kompot.

Kompot z suszu - wysoki kapłan finiszu?

Wyjaśnijmy sobie jasno - kompot nie jest potrawą. Kompot jest rytuałem. To płynna forma "tak trzeba" i "napij się pomoże". Kiedy kompot wchodzi, wszystko inne kończy się. To sygnał, że: żołądki są pełne, szwagier zaczyna monolog polityczny, a człowiek powoli żałuje tej porcji sałatki jarzynowej z początku, bo to był błąd strategiczny. Wchodzi na koniec jak gong na ringu: Koniec walki. Wszyscy żyją. Choć niekoniecznie chcą. Traumatyczne przeżycie. Twarda decyzja, że za rok nie dasz się wkręcić już w pochłanianie wszystkiego co na stole. A jak się to kończy? Trzeba wrócić do początku felietonu - bo to właśnie jakoś tak będzie.

A Ty co wybierasz z dań wigilijnych?

Wiesz, że na podstawie pierwszych trzech wigilijnych potraw da się określić typ osobowości człowieka? Barszcz - Pierogi - Śledź (Osobowość stabilna, nastawiona na tradycję). Karp - Kutia - Zupa grzybowa (Otwarty umysł, podatny na improwizację i ryzyko). Sałatka - Sałatka - Sałatka. (Ucieczka od odpowiedzialności, perfekcyjny unikacz konfliktów). Wszystko naraz (Ekstrawertyk z podejściem "żyje się raz"). Niczego nie je przez 40 min. (Walczy. Zna zasady, ale próbuje się wyłamać. Rewolucjonista). Tak - talerz wigilijny mówi o nas więcej niż CV.
Chcesz coś dodać w temacie -> Napisz komentarz